❌ Nie udało się pobrać danych pogodowych.
📍 Katowice
☁️ 3°C
Zachmurzenie duże
🧞‍♀️ Jutro
🌧️ 2°C
Słabe opady śniegu
🫁 Powietrze
Umiarkowana
PM10: 42 µg/m³

Poza Metropolię: Bolonudle

A teraz będę jeść, pić i spać. Okej, żart sezonu mamy już za sobą. Od świtu nie jest zabawnie, bowiem Joanna Kołaczkowska, nasza Asia, swym nagłym zniknieniem zrujnowała cały koncept dnia. Zresztą nie tylko ona, w ostatnim czasie w zastraszającym tempie ubywa cennych ludzi wokół.
Ale, ale Dziubas… I co teraz? Wyjąłem kompa na Piazza Maggiore i uznałem, że jedyne, co mogę zrobić, to zadedykować Jej tekst o radości życia. Bo radość życia trzyma nas przy życiu, a Ona była jego uosobieniem…
Prócz radości życia, będzie to także opowieść o bolonudlach i walce z przekonaniami.
Czasami zdarza się sposobność, aby na kilka dni zmienić miejsce pracy na takie z przyjemniejszym widokiem, ale wrodzona ciekawość każe sprawdzić, co kryje się po drugiej stronie lustra, na dnie kałuży, albo skąd coś się wzięło, dlaczego powstało – i czemu właściwie jest takie krzywe, skrzeczące albo niedobre. Tak rodzą się narracje, okoliczności i historie.
Finalnie skłonność do zapierdolu w onlajnie niczym nie różni się od tego stacjonarnego i pełznie za mną niczym dziewczynka z „Ringu”, w poszukiwaniu ofiary. Ale nie o robocie mowa. Czas zmierzyć się z mitami i demonami włoskiej kuchni. Zakręciłem kołem – zaczynamy od kategorii wagi ciężkiej.
Chcesz zjeść spaghetti bolognese? Nie w Bolonii, skarbie.
To zdanie powinno widnieć nad drzwiami lotniska, najlepiej tuż obok tabliczki „Zakaz przewożenia salami w bagażu podręcznym”. W Bolonii nikt – naprawdę nikt – nie je spaghetti z ragù. Dlaczego? Bo spaghetti to cienki, śliski makaron, który po prostu nie trzyma treściwego sosu. Można próbować, ale to jak próba zatrzymania deszczu na szybie – efekt marny.
W Bolonii do ragù używa się tagliatelle – szerokiego, płaskiego makaronu, który otula sos z czułością godną włoskiej matki. I nie, to nie snobizm lecz tradycja, logika i odrobina fizyki na jednym talerzu. Zgadzam się – zawsze pozostaję w popaćkaniu i popultaniu, gdy sos próbuje się ślizgać po cienkich nitkach, finalnie ląduje na moim brzuchu.
Jako Ślązak nie wyrastałem w miłości do nudli – u nas na talerzu królowało konkretne jedzenie, wyraziste smaki, nitki były raczej dodatkiem do rosołu, niż bohaterem pierwszoplanowym. Ale po wysłuchaniu tylu legend, podań i kulinarnych opowieści z Włoch, czuję, że mogę z godnością i bez strachu zanurzyć się w świat makaronów. W końcu życie to podróż, a moja zawsze wiedzie śladem łyżki, noża i widelca.
Tortellini, czyli pępek Wenus w rosole
Legenda głosi, że pewien właściciel oberży podglądał kąpiącą się boginię Wenus i tak bardzo zachwycił się… jej pępkiem, że postanowił go uwiecznić w formie pierożka. Tak narodziły się tortellini – małe, zawinięte cuda, które we włoskiej tradycji podaje się w klarownym, aromatycznym bulionie. Nie, nie z ketchupem. Pępek Wenus nie zniósłby takiej zniewagi. A jeśli nawet – na pewno znalazłby się o tym wzmianka w jakimś skandynawskim kryminale.
Mortadela – mistrzyni kamuflażu
Jako dziecko późnego PRL-u mam nieco wypaczone wyobrażenie o mortadeli. Kojarzyła się z czymś pomiędzy parówką a wspomnieniem lepszych czasów. Ale zanim nazwiesz ją „luksusową mielonką”, zatrzymaj się na chwilę. Prawdziwa mortadela z Bolonii to delikatna, aksamitna wędlina, wytwarzana według rygorystycznych norm i oznaczona unijnym znakiem IGP – czyli gwarancją pochodzenia i jakości. Pachnie pistacjami, pieprzem i szacunkiem do tradycji. W Bolonii nie kładzie się jej po prostu między przypadkowe kromki chleba. Tu się ją kontempluje, wącha, adoruje, podziwia. Z pełnym nabożeństwem i atencją.
Jest jeszcze jedna ciekawostka. W Polsce lasagna pozostaje królową lady chłodniczej w Biedronce, bywa blada i bez wyrazu – szybka, mikrofalowa i spoczywająca w tym badziewnym sreberku. Z tym daniem jest trochę jak z prezentacją w PowerPoincie. Wszystkie elementy niby są na miejscu, ale brakuje tego, co najważniejsze – emocji. Odpowiedź jest prosta: prawdziwa lasagne alla bolognese to sztuka, nie zapychacz żołądka. Pozostaje zielona z natury, nie z zazdrości i jest nad wyraz konkretna i smakowita.
Warstwy delikatnego, szpinakowego makaronu, głęboki smak ragù, aksamitny beszamel i ser, który w piecu topniejąc i skwiercząc, potrafi niemal śpiewać operę. Mówię Wam, symfonia smaków, zachwyt na miarę Louis de Funèsa nad filmowym kapuśniaczkiem.
A na koniec… Vini dei Colli Bolognesi, czyli jak Bolonia robi wino bez zadęcia
Wzgórza otaczające Bolonię, znane jako Colli Bolognesi, rodzą wina, które – podobnie jak Bolończycy – są szczere, radosne i odrobinę ekscentryczne. Spróbowałem Pignoletto – lokalnego białego wina z delikatnymi bąbelkami, które nie udaje prosecco i nie aspiruje do roli wielkiego gracza, ale jest po prostu dobre. Idealne na ciepły wieczór, do mortadeli, do tortellini, a nawet do rozmyślań nad sensem życia, albo raczej – jego brakiem w spaghetti bolognese.
Pyrsk, odmeldowuję się i jadę dalej z komputerem pod pazuchą. W poszukiwaniu dolce vita i spuścizny kołaczkowskich mądrości w sprawach błahych.
Fot. Redakacja/TB

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Zostań z nami i odkrywaj więcej aktualnych informacji, inspirujących historii
i ciekawych tematów na Metropolia Info.

Facebook
Twitter
WhatsApp
Email
Do góry