Na dziedzińcu klasztornego kompleksu Neupruell, dziś szpitala psychiatrycznego, w powietrzu leniwie wirują kwadratowe przezrocza. Przypominają zamglone obrazy z przeszłości – twarze ludzi pełnych bólu i zagubienia, których spojrzenia znikają gdzieś między niebem a cierpieniem. To dawni pacjenci tej placówki – ludzie naznaczeni chorobą, wykluczeni, zapomniani. I – jak się okazuje – także zdradzeni.
Chociaż Neupruell budzi podziw swoją surową architekturą i średniowieczną historią, to dopiero wydarzenia XX wieku nadają temu miejscu tragicznego znaczenia. Rok 1939 przyniósł nie tylko wojnę, ale również bezprecedensowy zamach na ludzką godność – operację masowej zagłady osób chorych psychicznie, rozpoczętą w ciszy, bez fanfar i rozgłosu.
We wrześniu tamtego roku, w luksusowych wnętrzach Grand Hotelu w Sopocie, Adolf Hitler przedstawił plan eliminacji „życia niegodnego życia” – jak nazywano osoby z niepełnosprawnością intelektualną czy psychiczną. Był to początek programu T4, którego celem była likwidacja tych, którzy nie wpisywali się w wizję „czystej rasy”.
Pierwszymi ofiarami padły dzieci. Zabijano je zastrzykami – śmiertelną dawką barbituranów lub morfiny. Ich śmierć miała być “bezbolesna”, a cały proceder – oficjalnie przedstawiany jako obowiązkowe szczepienia w specjalistycznych ośrodkach. Lekarze i pielęgniarki zostali zobowiązani do zgłaszania wszystkich przypadków upośledzenia – rzekomo na potrzeby badań naukowych.
Jednak dla nazistowskiej machiny śmierci nawet ten sposób okazał się zbyt powolny. Hitler – kierując się, jak sam twierdził, „ekonomią” – zdecydował o wdrożeniu nowych metod. Eksperymenty z gazowaniem ludzi rozpoczęły się szybko. Najpierw stosowano spaliny i tlenek węgla, później cyjanowodór. Do mordowania używano zarówno stacjonarnych komór gazowych, jak i mobilnych – ukrytych w ciężarówkach.
Szpital psychiatryczny w Owińskach pod Poznaniem był jednym z pierwszych miejsc, gdzie przetestowano tę „technologię”. Pacjenci zostali tam zamordowani właśnie w ten sposób – bez sądu, bez winy, jedynie na podstawie diagnozy.
Los pacjentów z Neupruell był równie tragiczny. Jednego dnia, bez ostrzeżenia, wywieziono stamtąd 638 dzieci, kobiet i mężczyzn. Trafili do zamku Hartheim w Austrii – monumentalnej budowli o bogatej historii, zamienionej przez nazistów w centrum masowej zagłady. To tam prowadzono tzw. „eutanazję” – w rzeczywistości brutalne egzekucje osób uznanych za „niewartościowe”.
W zamku Hartheim zginęło około 30 tysięcy ludzi. Mózgi ofiar często trafiały do instytutów neuropatologicznych, gdzie stawały się „materiałem badawczym”. Przez dekady po wojnie publikowano prace naukowe oparte na dokumentacji z tamtych zbrodni – jakby ludzka tragedia mogła być usprawiedliwiona postępem wiedzy.
Dopiero w 1969 roku w Hartheim postawiono pomnik ku czci ofiar. Rok wcześniej powołano Związek Charytatywny Górnej Austrii, który miał pełnić rolę symbolicznej pokuty. W 1997 roku otwarto w zamku muzeum pamięci – miejsce, które dziś pełni rolę nie tylko edukacyjną, ale przede wszystkim moralną. Pokazuje, do czego prowadzi ideologia pozbawiona empatii i szacunku dla życia.
Dziś przezrocza w Neupruell dalej wirują na wietrze, przypominając o tych, których świat odrzucił. Nie mają pomników w centrum miast, nie opowiada się o nich na lekcjach historii. Ale to właśnie o nich powinniśmy pamiętać najgłębiej – bo milczenie wobec takiej zbrodni to także forma współudziału.
TAB
Fot. Redakcja











