Jesień. Wieje i dżdży. A gdy akurat nie dżdży, to śmierdzi – palonymi liśćmi. Tak wygląda październik w Zakopanem. Zgodnie z zamysłem górali nie powinno śmierdzieć, bo przecież „wiater przewieje, deszcz zmyje”, ale w praktyce — wiadomo. Mgła rozciąga się nisko, liście lepią się do podeszew, a w kieszeniach rękawiczki z zeszłego roku – wciąż bez pary.
Na ulicy Zamoyskiego, trochę z boku, trochę na uboczu, stoi antykwariat. Może i dziś jeszcze tam jest. Prowadzi go pan właściciel – człowiek o twarzy znającej każdą pogodę i każdą książkę, której już nie ma na stanie. Szukam ilustrowanego atlasu świata z międzywojnia. W głowie już widzę kartki, na których Brazylia jeszcze nie w pełni wykarczowana, a Indie nazywają się zupełnie inaczej.
– Nie ma – mówi góral. Ale nie pozwala mi wyjść z pustymi rękami.
Bez zdzierstwa – co w Zakopanem bywa rzadkością – podsuwa mi do ręki coś zupełnie innego. To nie atlas. To czasopismo. “Lamus”, zeszyt 3, rocznik 1909, w świetnym stanie. Przewracam pierwszą stronę, jeszcze w progu. I czytam:
„Z sosrębu patrzą leluje, wyziera gwiazda sześcioma ramiony.”
Zamieram. Nie z powodu metafizyki tych słów, tylko z pytaniem: po co mi „Lamus”, skoro chciałem atlas?
TAB/Fot. Redakcja







